
Jest to jedna z tych uroczych miejscowości w górach, których długo nie da się wyrzucić z pamięci - i właściwie nie trzeba tego robić. Nasi dobrzy znajomi, u których zatrzymaliśmy się w Raszcie, zabrali nas tam w odpowiedzi na nasze sugestywne zapytania. Nie jest to najodpowiedniejsza pora roku, by to robić, no ale...
Przyjechaliśmy, gdy trwała ceremonia pogrzebowa i nad płaskimi dachami unosiły się recytacje i modły z odległego meczetu. Przeszliśmy się wąskimi niezatłoczonymi turystami uliczkami w poszukiwaniu miejsca na lancz (gospodyni miała wszystko gotowe na tą okazję, prócz stołu, gorącej herbaty i może jeszcze jakiegoś smażonego dodatku). Znaleźliśmy mini-czajchanę ze stropem z mchu. To było to - mały stolik wystarczył naszej czwórce, żeby najeść się do syta, zapić to pyszną herbatą i nawiązać znajomości z innymi przyjezdnymi.

Wracaliśmy w dobrych nastrojach, może troszkę tylko żałując, że to nie wiosna i wzgórza nie są zieleniejące się.
