piątek, 26 października 2007

Iran, reminiscencje

Po krótkiej wymianie mejlowej z Popielatym w trakcie publikacji Iranu we fragmentach, dowiedzieliśmy się czegoś ciekawego o winie. A Michał zachwalał... Chodzi o to, że Sziraz jest kolebką uprawy winorośli (czerwony napój zaczęto wyrabiać tam rzekomo przed 7000 lat). Dziś znany jest szczep winny pod nazwą tego irańskiego miasta, a że dostaliśmy taki australijski sziraz w Baku, to nie omieszkaliśmy spróbować.

Dla wytrwałych i nienasyconych: w końcu udostępniliśmy galerię z Iranu:

czwartek, 25 października 2007

Iran, szósty fragment



I na koniec w paru słowach o Teheranie: to ogromne miasto - większe od Stambułu, pełne wszędobylskich i głośnych motocyklistów, smogu i przesympatycznych mieszkańców. Jak to stolica - jest najdroższy w Iranie. Nie musi to być punkt obowiązkowy w zwiedzaniu Persji.

niedziela, 7 października 2007

Iran, piąty fragment



Zbliżaliśmy się już do końca naszej ponad dwutygodniowej wycieczki po państwie ajatollahów (niestety), chociaż chcieliśmy po „południowym” Azerbejdżanie od razu udać się do Szirazu, no ale wyszło inaczej. I dobrze. Poznaliśmy tam bardzo fajnych Ślązaków, studentkę filologii rosyjskiej, która pierwszy raz poza szkołą rozmawiała w tym języku oraz kilku naciągaczy i nieprzyjemnych typków, bo Sziraz okazał się miastem ponad miarę turystycznym, co - jak wiadomo - przyciąga taki element.




Jednak nie da się ominąć tego miejsca, gdyż służy ono za bazę noclegową i punkt wypadowy do zlokalizowanych w pobliżu Persopolis, Pasargady i grobów takich postaci jak np. król Dariusz. W samym mieście znajdują się też miejsca pochówku wielkich poetów Persji.



Oprócz tych monumentalnych uniesień Sziraz zaprezentował nam również najdorodniejszych przedstawicieli rodzaju Rattus :( Na plus zapisujemy wszakże kilka klimatycznych knajpek. Udał się też pewnym młodym chłopakom sklepik. Wyraźnie robił furorę - właśnie trwała wyprzedaż chust. Nic innego zresztą tam nie sprzedawali :D

sobota, 6 października 2007

Iran, czwarty fragment



Z Isfahanu pojechaliśmy do Yazdu. To główny ośrodek zaratustriański w Iranie, skupiający kilkanaście tysięcy wyznawców tej religii. Wciąż płonie ogień w Ateshkadeh (jest osoba, która dokłada do pieca) - rzekomo dzieje się to nieprzerwanie od 3000 lat... W okolicy znajduje się miejsce pielgrzymkowe Czak-Czak (ożywa w lipcu jakoś - nie byliśmy niestety) oraz wieże milczenia - rodzaj krematoriów utylizujących ciała zmarłych ekologiczną metodą na sępa. Dziś zaratustrianie grzebani są w betonowych trumnach, a wszystko to po to, by nie zanieczyszczać ziemi swoimi szczątkami.

Jednak mimo wszystko, nie zapominajcie, że to muzułmański kraj. I raz na jakiś czas manifestowane jest to bardzo bezpośrednio.




Yazd chwali się tym, że to najstarsze żyjące miasto. Ma bardzo fajną niską zabudowę: słoma i glina, albo coś w tym stylu. Zatrzymaliśmy się w hotelu, który powstał z odpowiednio zaaranżowanego tradycyjnego domu. Przemiłe miejsce! najlepszy nocleg, jaki mieliśmy podczas całej podróży. W innym podobnym pensjonacie(?) serwują wielbłądzinę - bardzo smaczne mięso.

Mamy więc jak najlepsze wspomnienia, szkoda tylko, że zatrzymaliśmy się na tak krótko...

niedziela, 30 września 2007

Iran, trzeci fragment




Jest dla Iranu tym, czym Kraków dla Polski. Isfahan. Piękny i ze wspaniałą atmosferą.

Prócz porównań kulturalno-duchowych, można się doszukać jeszcze drobnostki o wymiarze dzielnicowym. Kazimierzem Isfahanu jest poniekąd Julfa (czyt. dżulfa) z tym, że nie jest żydowska a ormiańska i akurat raczej nowoczesna i postępowa, a nie podnosząca się z ruiny. Poniżej jeden z trzech kościołów, zwany betlejemskim.





Na powyższym zdjęciu występuje Ali i jego polski rower zakupiony „jeszcze przed Wałęsą” we Francji. Ali pomógł nam dostać się do zurchany (domu siły), areny treningowej tradycyjnego sportu irańskiego. Akcja wygląda tak, że jest ktoś typu trener, kto wali w bęben i dzwoneczki oraz recytuje do tego rytmu np. poezję Hafeza. Siedzi on na podwyższeniu, a u jego stóp w metrowej głębokości arenie ćwiczenia wykonuje grupa zawodników, którzy najpierw się rozgrzewają, a potem popisują swoimi umiejętnościami a'la derwisz czy też a'la ciężarowcy z takimi drewnianymi grubymi pałkami i strasznie ciężkimi łukami a'la tamburyno.