Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iran. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2008

Qeshm / Keszm

Ta wyspa jest największa w Zatoce Perskiej. Jest też strefą bezcłową, więc handelek kwitnie i centrów handlowych jest „jak mrówków”. No ale my nie po to...

Blisko głównej miejscowości - noszącej taką samą nazwę jak wyspa - znajdują się pieczary, w których odbywał się jakiś starożytny kult (nie pamiętamy nazwy). Jest też zamek portugalski. I tych dwóch rzeczy postanowiliśmy nie oglądać.





Pojechaliśmy przez pół wyspy do rezerwatu lasów namorzynowych. Warto było, warto. To się nieczęsto w końcu widzi. Cisza, spokój, pelikany (chyba) i inne ptaszki (na pewno), a po wyjściu na grząską powierzchnię spod stóp uciekają takie dwunogie żyjątka.





Wracając, zatrzymaliśmy się na parę w chwil w miejscowości Loft (lub Laft), która owszem ma zamek portugalski, ale co ważniejsze: ma charakter. Wyrasta z niej las baadgir-ów (wiatrołapów) a w zatoczce na burcie leżą dau. Doprawdy piękny widok!



Wracaliśmy skaczącą po falach ryczącą motorówką.

czwartek, 14 lutego 2008

Hormoz / Ormuz



To taka mała wysepka, na którą dopływa się łodzią motorową. A po co się dopływa? Są tam do zobaczenia ruiny portugalskiego zamku. W tym rejonie każda wyspa miała przynajmniej jedną taką fortecę, bo Portugalczycy kontrolowali swego czasu te wody.



Dopływa się tam też po to, by zaznać trochę spokoju. Na Ormuz jest senna wioska rybacka - ludzie czyszczą i naprawiają sieci, dzieci sprzedają obcokrajowcom śmierdzące muszelki, poza tym nie dzieje się nic.

środa, 13 lutego 2008

Bandar Abbas



W największym porcie Iranu życie płynie spokojnie. Nie ma tam wiele do zobaczenia w sensie zabytków, ale gołym okiem widać różnice z pozostałymi miastami, które dotąd widzieliśmy. Mnóstwo się buduje, istnieją centra handlowe (typu nasza galeria), jest znacznie więcej żebraków, nikt sobie nic nie robi z zakazu pykania fajeczki wodnej.



Ale po kolei. Przylecieliśmy jakimś innym samolotem, bo nasz lot odwołano. Na pokładzie z nudów zaczęliśmy grać w kółko i krzyżyk (do pięciu), gdy niemal wszyscy czytali gazety. Steward się zlitował widocznie nad nami i przyniósł nam anglojęzyczny Tehran Times (polecam artykuł o ostatnich produkcjach filmowych związanych jakoś z Iranem: „300” i „Persepolis” - taki rzut oka na świat z drugiej strony lustra).



Jedyna godna uwagi atrakcja dziedzictwa kulturalnego, to świątynia hinduska. Obecnie w remoncie. Nie ma wiele więcej do powiedzenia.



My przyjechaliśmy nad Zatokę Perską dla wysp.

wtorek, 12 lutego 2008

Masuleh



Jest to jedna z tych uroczych miejscowości w górach, których długo nie da się wyrzucić z pamięci - i właściwie nie trzeba tego robić. Nasi dobrzy znajomi, u których zatrzymaliśmy się w Raszcie, zabrali nas tam w odpowiedzi na nasze sugestywne zapytania. Nie jest to najodpowiedniejsza pora roku, by to robić, no ale...

Przyjechaliśmy, gdy trwała ceremonia pogrzebowa i nad płaskimi dachami unosiły się recytacje i modły z odległego meczetu. Przeszliśmy się wąskimi niezatłoczonymi turystami uliczkami w poszukiwaniu miejsca na lancz (gospodyni miała wszystko gotowe na tą okazję, prócz stołu, gorącej herbaty i może jeszcze jakiegoś smażonego dodatku). Znaleźliśmy mini-czajchanę ze stropem z mchu. To było to - mały stolik wystarczył naszej czwórce, żeby najeść się do syta, zapić to pyszną herbatą i nawiązać znajomości z innymi przyjezdnymi.



Wracaliśmy w dobrych nastrojach, może troszkę tylko żałując, że to nie wiosna i wzgórza nie są zieleniejące się.

poniedziałek, 11 lutego 2008

Zasypany Iran



Na pewno wielu z Was zadaje sobie pytanie, jak taki persko-muzułmański kraj wygląda w śniegu, prawda? Okazało się, że spóźniliśmy się o 2 tygodnie, żeby to uwiecznić (już wiadomo, po co nam było to opóźnienie w załatwianiu azerbejdżańskiej wizy). Niemniej po 15 dniach od zwariowanych zamieci śnieżnych i opadów, jakich nie pamiętają nawet najstarsi Persowie, ulice miasteczka Raszt wyglądały tak:



Dziękujemy za uwagę. Mamy nadzieję, że od teraz nasi czytelnicy mogą zmagać się z jedną zastanawiającą rzeczą mniej, czyli prosimy o wykreślenie z listy zadumań pytania „Jak wygląda zima w IRI?”. Nie obiecujemy wszakże, że rozwiejemy dalsze budzące niepokój pytania krążące Wam po głowach.

niedziela, 10 lutego 2008

Powrót do Iranu

Ponad 2 tygodnie temu, po długich bojach w miejscowym MSZ i wykupieniu w miarę tanich lotów narodowym przewoźnikiem republiki islamskiej, dolecieliśmy w jedną stronę i potem też w drugą, czyli jak hobbit - tam i z powrotem. Ogólnie przywozimy miłe wspomnienia, bardzo bladą opaleniznę, mieszane uczucia co do przereklamowanych miejsc i postanowienia, by kiedyś coś tu powtórzyć.



Pokrótce szlak, jaki wybraliśmy:
1) Baku - Teheran - Rasht
2) Raszt - Masuleh
3) Teheran - Bandar Abbas
4) Bandar Abbas - Hormoz
5) Bandar Abbas - Qeshm
6) Bandar Abbas - Dubai
7) Dubai - Dibba
8) Dibba - Fujeirah
9) Dibba - Ras al Khaimah
10) Dibba - Umm al Qaiwain
11) Dubai
12) Dubai - Teheran - Baku

Wnioski po podróży: „Emiraty da się lubić”, „Irańczycy to naprawdę przemili ludzie”, „Dubaj jest przereklamowaną globalną wiochą”.

wtorek, 22 stycznia 2008

Rewelacje z Wikipedii



W toku przygotowań do wyjazdu, rutynowo sprawdzamy, co mają do powiedzenia na temat naszych celów podróży różne fora, wiki, blogi itp. O mało nie spadłem z krzesła, gdy przeczytałem, co się działo na międzynarodowym lotnisku w Teheranie, kiedy my sobie tu spokojnie pisaliśmy (i fotografowaliśmy) zimę stulecia w Baku. Przeczytajcie sami (po angielsku) - szczególnie ostatnie zdanie pierwszego akapitu - toż to Sodoma i Gomora!

piątek, 26 października 2007

Iran, reminiscencje

Po krótkiej wymianie mejlowej z Popielatym w trakcie publikacji Iranu we fragmentach, dowiedzieliśmy się czegoś ciekawego o winie. A Michał zachwalał... Chodzi o to, że Sziraz jest kolebką uprawy winorośli (czerwony napój zaczęto wyrabiać tam rzekomo przed 7000 lat). Dziś znany jest szczep winny pod nazwą tego irańskiego miasta, a że dostaliśmy taki australijski sziraz w Baku, to nie omieszkaliśmy spróbować.

Dla wytrwałych i nienasyconych: w końcu udostępniliśmy galerię z Iranu:

czwartek, 25 października 2007

Iran, szósty fragment



I na koniec w paru słowach o Teheranie: to ogromne miasto - większe od Stambułu, pełne wszędobylskich i głośnych motocyklistów, smogu i przesympatycznych mieszkańców. Jak to stolica - jest najdroższy w Iranie. Nie musi to być punkt obowiązkowy w zwiedzaniu Persji.

niedziela, 7 października 2007

Iran, piąty fragment



Zbliżaliśmy się już do końca naszej ponad dwutygodniowej wycieczki po państwie ajatollahów (niestety), chociaż chcieliśmy po „południowym” Azerbejdżanie od razu udać się do Szirazu, no ale wyszło inaczej. I dobrze. Poznaliśmy tam bardzo fajnych Ślązaków, studentkę filologii rosyjskiej, która pierwszy raz poza szkołą rozmawiała w tym języku oraz kilku naciągaczy i nieprzyjemnych typków, bo Sziraz okazał się miastem ponad miarę turystycznym, co - jak wiadomo - przyciąga taki element.




Jednak nie da się ominąć tego miejsca, gdyż służy ono za bazę noclegową i punkt wypadowy do zlokalizowanych w pobliżu Persopolis, Pasargady i grobów takich postaci jak np. król Dariusz. W samym mieście znajdują się też miejsca pochówku wielkich poetów Persji.



Oprócz tych monumentalnych uniesień Sziraz zaprezentował nam również najdorodniejszych przedstawicieli rodzaju Rattus :( Na plus zapisujemy wszakże kilka klimatycznych knajpek. Udał się też pewnym młodym chłopakom sklepik. Wyraźnie robił furorę - właśnie trwała wyprzedaż chust. Nic innego zresztą tam nie sprzedawali :D

sobota, 6 października 2007

Iran, czwarty fragment



Z Isfahanu pojechaliśmy do Yazdu. To główny ośrodek zaratustriański w Iranie, skupiający kilkanaście tysięcy wyznawców tej religii. Wciąż płonie ogień w Ateshkadeh (jest osoba, która dokłada do pieca) - rzekomo dzieje się to nieprzerwanie od 3000 lat... W okolicy znajduje się miejsce pielgrzymkowe Czak-Czak (ożywa w lipcu jakoś - nie byliśmy niestety) oraz wieże milczenia - rodzaj krematoriów utylizujących ciała zmarłych ekologiczną metodą na sępa. Dziś zaratustrianie grzebani są w betonowych trumnach, a wszystko to po to, by nie zanieczyszczać ziemi swoimi szczątkami.

Jednak mimo wszystko, nie zapominajcie, że to muzułmański kraj. I raz na jakiś czas manifestowane jest to bardzo bezpośrednio.




Yazd chwali się tym, że to najstarsze żyjące miasto. Ma bardzo fajną niską zabudowę: słoma i glina, albo coś w tym stylu. Zatrzymaliśmy się w hotelu, który powstał z odpowiednio zaaranżowanego tradycyjnego domu. Przemiłe miejsce! najlepszy nocleg, jaki mieliśmy podczas całej podróży. W innym podobnym pensjonacie(?) serwują wielbłądzinę - bardzo smaczne mięso.

Mamy więc jak najlepsze wspomnienia, szkoda tylko, że zatrzymaliśmy się na tak krótko...

niedziela, 30 września 2007

Iran, trzeci fragment




Jest dla Iranu tym, czym Kraków dla Polski. Isfahan. Piękny i ze wspaniałą atmosferą.

Prócz porównań kulturalno-duchowych, można się doszukać jeszcze drobnostki o wymiarze dzielnicowym. Kazimierzem Isfahanu jest poniekąd Julfa (czyt. dżulfa) z tym, że nie jest żydowska a ormiańska i akurat raczej nowoczesna i postępowa, a nie podnosząca się z ruiny. Poniżej jeden z trzech kościołów, zwany betlejemskim.





Na powyższym zdjęciu występuje Ali i jego polski rower zakupiony „jeszcze przed Wałęsą” we Francji. Ali pomógł nam dostać się do zurchany (domu siły), areny treningowej tradycyjnego sportu irańskiego. Akcja wygląda tak, że jest ktoś typu trener, kto wali w bęben i dzwoneczki oraz recytuje do tego rytmu np. poezję Hafeza. Siedzi on na podwyższeniu, a u jego stóp w metrowej głębokości arenie ćwiczenia wykonuje grupa zawodników, którzy najpierw się rozgrzewają, a potem popisują swoimi umiejętnościami a'la derwisz czy też a'la ciężarowcy z takimi drewnianymi grubymi pałkami i strasznie ciężkimi łukami a'la tamburyno.

sobota, 29 września 2007

Iran, drugi fragment

Dzięki temu, że tu byliśmy, Kasia mogła zawsze powiedzieć: „Kasia - jak Kaszan, tylko bez n na końcu”. :)



Kaszan to miasto położone 4 godziny drogi autobusem na południe od Teheranu. Warto było się tu pojawić, bo znajdują się tu tradycyjne domy bogatych kupców a zabudowa jest dosyć pociągająca dla europejskich oczu: ulepione z gliny obłe ściany i pozaokrąglane dachy typu kopułowatego.



Jedną noc spędziliśmy na pustyni. Daliśmy się naciągnąć. Potem trochę żałowaliśmy, bo goście, którzy to organizowali, naopowiadali o takich cudach... No ale nie było znów tak źle. Spotkaliśmy fajnego doktoranta z hydrologii, co kopał dołki i brał próbki ze słoną wodą.

Najważniejsze przeżycie wiąże się z poczuciem humoru. Była już noc, piliśmy czaj i zajadaliśmy daktyle. Okazało się, że jeden typek coś tam kojarzy z polskiej sceny politycznej - do wynurzeń sprowokował go stawik, po którym pływały niczego nieświadome gęsi i kaczki... Zaraz po nim ośmielił się inny biesiadnik i opowiedział dowcip o Ahmadineżadzie tej mniej więcej treści:

Do you know, why Mr. President Ahmadinejad likes dates*? Beacause it gives energy and has a nucleo inside!

Było to bardzo na miejscu, naprawdę. Ale dopiero później dowiedzieliśmy się, że w okolicach Kaszanu stoją konstrukcje pokojowego (oczywiście) irańskiego programu atomowego. I gdy jechaliśmy do pięknej wioseczki Abiyaneh, to po drodze minęliśmy niezliczone wzgórki upstrzone działami przeciwlotniczymi.

* Dla niewtajemniczonych: nie chodzi ani o daty, ani o randki, ale o daktyle :) Kawał trudno przetłumaczalny, więc pozostaje w wersji oryginalnie zasłyszanej.

sobota, 22 września 2007

Iran, pierwszy fragment

Gdy wjeżdża się do Iranu w Astarze, to jest się dalej w Azerbejdżanie... To prawda! 2 prowincje irańskie noszą nazwy: Wschodni AZ i Zachodni AZ. Łącznie w Iranie mieszka grubo ponad 20 milionów Azerów lub Turków azerskich, którzy posługują się swoim odrębnym od perskiego językiem. Kiedyś po prostu pobił się car z szachem, a potem tak się dogadali, no i zostało.



Przyroda jest tu nieco bardziej bujna (szczególnie bliżej Morza Kaspijskiego) niż na pozostałym terytorium dawnej Persji: są góry, ale nie ma tu zbyt wielu architektonicznych cudów. My zobaczyliśmy bardzo ładne mauzoleum w Ardabilu (na zdjęciu powyżej), w Tabrizie - dawnej stolicy - spodobał nam się bazar (poniżej), Niebieski Meczet i muzeum. Nie byliśmy w pobliskiej „Kapadocji”, czyli ciągle zamieszkanej wiosce Kandovan, bo zimą widzieliśmy tureckie Göreme.





Za to kopnęliśmy się do trochę dalej położonej Urmii ze słonym jeziorem i nagromadzeniem wszelkiej maści wyznań chrześcijańskich - od wszechobecnych Ormian przez Kościół Asyryjski po protestantów (a co się Wam wcześniej kojarzyło z Islamską Republiką Iranu i prezydentem Ahmadineżadem?).

niedziela, 16 września 2007

Wróciliśmy

 
Właśnie wróciliśmy z wycieczki do południowego sąsiada. Powoli wychylamy się zza skał. Będzie krótki reportażyk.Posted by Picasa