sobota, 29 września 2007

Iran, drugi fragment

Dzięki temu, że tu byliśmy, Kasia mogła zawsze powiedzieć: „Kasia - jak Kaszan, tylko bez n na końcu”. :)



Kaszan to miasto położone 4 godziny drogi autobusem na południe od Teheranu. Warto było się tu pojawić, bo znajdują się tu tradycyjne domy bogatych kupców a zabudowa jest dosyć pociągająca dla europejskich oczu: ulepione z gliny obłe ściany i pozaokrąglane dachy typu kopułowatego.



Jedną noc spędziliśmy na pustyni. Daliśmy się naciągnąć. Potem trochę żałowaliśmy, bo goście, którzy to organizowali, naopowiadali o takich cudach... No ale nie było znów tak źle. Spotkaliśmy fajnego doktoranta z hydrologii, co kopał dołki i brał próbki ze słoną wodą.

Najważniejsze przeżycie wiąże się z poczuciem humoru. Była już noc, piliśmy czaj i zajadaliśmy daktyle. Okazało się, że jeden typek coś tam kojarzy z polskiej sceny politycznej - do wynurzeń sprowokował go stawik, po którym pływały niczego nieświadome gęsi i kaczki... Zaraz po nim ośmielił się inny biesiadnik i opowiedział dowcip o Ahmadineżadzie tej mniej więcej treści:

Do you know, why Mr. President Ahmadinejad likes dates*? Beacause it gives energy and has a nucleo inside!

Było to bardzo na miejscu, naprawdę. Ale dopiero później dowiedzieliśmy się, że w okolicach Kaszanu stoją konstrukcje pokojowego (oczywiście) irańskiego programu atomowego. I gdy jechaliśmy do pięknej wioseczki Abiyaneh, to po drodze minęliśmy niezliczone wzgórki upstrzone działami przeciwlotniczymi.

* Dla niewtajemniczonych: nie chodzi ani o daty, ani o randki, ale o daktyle :) Kawał trudno przetłumaczalny, więc pozostaje w wersji oryginalnie zasłyszanej.

sobota, 22 września 2007

Iran, pierwszy fragment

Gdy wjeżdża się do Iranu w Astarze, to jest się dalej w Azerbejdżanie... To prawda! 2 prowincje irańskie noszą nazwy: Wschodni AZ i Zachodni AZ. Łącznie w Iranie mieszka grubo ponad 20 milionów Azerów lub Turków azerskich, którzy posługują się swoim odrębnym od perskiego językiem. Kiedyś po prostu pobił się car z szachem, a potem tak się dogadali, no i zostało.



Przyroda jest tu nieco bardziej bujna (szczególnie bliżej Morza Kaspijskiego) niż na pozostałym terytorium dawnej Persji: są góry, ale nie ma tu zbyt wielu architektonicznych cudów. My zobaczyliśmy bardzo ładne mauzoleum w Ardabilu (na zdjęciu powyżej), w Tabrizie - dawnej stolicy - spodobał nam się bazar (poniżej), Niebieski Meczet i muzeum. Nie byliśmy w pobliskiej „Kapadocji”, czyli ciągle zamieszkanej wiosce Kandovan, bo zimą widzieliśmy tureckie Göreme.





Za to kopnęliśmy się do trochę dalej położonej Urmii ze słonym jeziorem i nagromadzeniem wszelkiej maści wyznań chrześcijańskich - od wszechobecnych Ormian przez Kościół Asyryjski po protestantów (a co się Wam wcześniej kojarzyło z Islamską Republiką Iranu i prezydentem Ahmadineżadem?).

niedziela, 16 września 2007

Wróciliśmy

 
Właśnie wróciliśmy z wycieczki do południowego sąsiada. Powoli wychylamy się zza skał. Będzie krótki reportażyk.Posted by Picasa

wtorek, 12 czerwca 2007

Qaraj



A przy okazji koncertu Karnasa... Widzicie tę niewysoką panią z tlenioną grzywką po lewej? Ma na imię Hüsniyə i prowadzi program Garaż w iTV (telewizja zwana publiczną powoli przemianowywana na „1” – to będzie pierwszy kanał w AZ oznaczony cyferką). Chociaż ciągle niewiele rozumiemy z azerbejdżańskiej mowy i nie możemy do końca ocenić poziomu, to ta dziewczyna jest jedyną osobą, która zajmuje się muzyką rockową w tym kraju. Chwała jej za te wszystkie normalne teledyski Björk, POD, Red Hotów i inne niefolklorystyczne.

PS. Karnas po prawej świeci prześwitującą łysinką między hienami dziennikarskimi.

poniedziałek, 11 czerwca 2007

Celem było jezioro

Ha! W niedzielę trafiła nam się nie lada gratka: wyjazd nad najpiękniejsze jezioro Azerbejdżanu, tj. Göy-Göl. Leży ono w odległości 400 km od stolicy, niedaleko drugiego co do wielkości miasta w kraju – Giandży (Gəncə). Smaczku sprawie nadaje fakt, że jest ono położone zbyt blisko strefy zmilitaryzowanej i objęte zakazem przebywania.

Przypominamy, że AZ jest w konflikcie z Armenią. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku poszło o tereny Górskiego Karabachu (Dağlıq Qarabağ). Rozpętała się niezła jatka, która obudziła stare demony uprzedzeń między tymi nacjami, chociaż w Sowietowie żyli obok siebie bez większych problemów. Wielki Brat namieszał.
Dzisiaj Ormianie (waham się czy pisać Armenia, bo to jednak nie do końca prawda) okupują górskie tereny Karabachu. Wg tutejszych obliczeń jest to 20% terytorium AZ, wg innych źródeł nie więcej niż 15%. Zapewne prawda leży pośrodku. Nieszczęśliwie, niedostępnych jest sporo regionów przyległych do tej strefy.




Nasi znajomi mieli wszystko załatwione na wysokich szczeblach. Niestety po przyjeździe okazało się, że ministerstwo ministerstwu nierówne i obeszliśmy się smakiem. Policjanci robili co mogli, żeby nam pomóc, ale skończyło się na drugim, czyli kluczowym, posterunku wojskowym. W miłym towarzystwie zjedliśmy obowiązkowego szaszłyka i udaliśmy się w drogę powrotną.

Po drodze dosłownie zaliczyliśmy kilka miejscowości. Najpierw jeszcze w drodze „do” zatrzymaliśmy się w Aranie, gdzie znaleźliśmy cmentarz ukraszony portretami i krótkimi życiorysami przeróżnych wodzów – w centralnym miejscu umieszczono obok siebie Babeka, Stalina, Alijewa i Atatürka... Na zdjęciu budynek (być może dawne muzeum poświęcone Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej), na którym nie wszystko udało się przykryć nowymi bohaterami w turbanach.



W Ağdaşu („biały kamień”) odkryliśmy spory lecz koszmarnie zapuszczony karawansaraj, mieszczący od strony ulicy mnóstwo sklepików, golibrodów i kafejek internetowych.



Potem był Xosrov, w którym natknęliśmy się na nieco zaniedbany cmentarzyk z charakterystycznymi drewnianymi nagrobkami w kształcie rombu. Ścięty oznacza pochowanego mężczyznę. Były tam świeże groby, więc tradycja trwa!



Göyçay – dosłownie „niebieska rzeka”, nie zaskoczył nas niczym szczególnym. Prezentujemy zdjęcie muzeum Hajdara Alijewa. Nie zachodziliśmy. Cóż takich muzeów pojawiło się w ostatnim czasie w całym Azerbejdżanie mnóstwo. Na pewno ktoś to liczy. Trudno powiedzieć czym się różnią od siebie, ale nawet nam się nie chce tego sprawdzać, bo poziom muzealnictwa pozostawia wiele do życzenia, a osoba lidera „całego narodu azerbejdżańskiego” już dawno nam się przejadła.