sobota, 9 czerwca 2007

The wind is too strong tonight...


...czyli o Baku Jazz Festival. Przyjechał – jak widać na załączonej fotce – człowiek z Polski. Wcześniej nieznany, teraz już trochę bardziej, Grzegorz Karnas. Miejscówka była fajna, bo świeżo odrestaurowany Zielony Teatr dobrze się nadaje na koncert open air, gdyby nie to, że Baku tak bardzo słynie z wietrznej pogody.

Mówi się tu nawet, że zima jest wtedy, kiedy wieje wiatr. Rzekomo stąd się wzięła nazwa miasta. Ale legend jest wiele i słowo Baku wywodzą z różnych charakterystyk regionu, w szczególności od ognia.


Przyszliśmy punktualnie (co za błąd!), zaczęliśmy tracić temperaturę (na szczęście wzięliśmy coś do okrycia) i obserwowaliśmy powiewające na wietrze kolumny głośników oraz światła podczepione nad sceną. Koncert był OK, z tym, że podmuchy wiatru wciskały się między wokalizującego Grzegorza K. z Polski a mikrofon, więc efekt audio był taki sobie. Solówki na instrumentach trzymały się zwykle kupy. Muzyków jednak zmęczyło użeranie się z kaprysami powietrza i postanowili zakończyć występ prędzej. I tak już na widowni nie zostało wiele osób – co było robić?

Karnas siedzący:

niedziela, 3 czerwca 2007

1:0, 0:3 w sumie 1:3



Wszystko zaczęło się już w środę meczem Polska-Portugalia na wielkim ekranie w Centrum Polskim. Przyszli nasi i nienasi studenci oraz studentki (bo grał niejaki C. Ronaldo...). Pięknie było przypomnieć sobie tamto spotkanie.

W czwartek przyjechały „szkockie sknerusy” z Ediego w składzie 2 PL + 1 prawdziwek. Specjalnie na reprezentację. Poznali Baku, jego piwo i gruzińską cza-czę. Zdjęcie znajdziecie na blogu dodi (http://dodihi.bloog.pl/).

W piątek mieliśmy urwanie głowy, ponieważ w sobotę na uniwerek miał przyjechać minister spraw wewnętrznych i administracji. Na pewno nie kojarzycie. Były różne schizy, ale OK. Przyjemnym akcentem było pokazywanie miasta polskim biznesmenom i sponsorom Polskiego Centrum.



Natomiast sobota to był „sumasszedłszyj dien”. Wszyscy mieli jakieś problemy, wszystko na wariackich papierach: „sknerusy” w szpitalu, my z księgą gości BSU do Ambasady, tam wywiad dla Polskiego Radia...



Ale na koniec nagroda. Oczywiście po 5 minutach wydawało się, że to raczej dopełnienie pechowego dnia i w ogóle kara za całe zło świata. Odebraliśmy kilka telefonów i sms'ów od studentów, którzy między innymi czekali na drugi błąd Boruca i przekonywali, że będzie „druga Finlandia”. OK, myślę sobie jedna połowa dla nich, a druga dla nas. I git. Co z tego, że wyświetlacz nie działał na stadionie, więc nawet nie wiedzieliśmy, kto strzelał? Po zachodzie słońca dzień był lepszy po prostu :)

czwartek, 17 maja 2007

Z życia lektorów

 

Żeby nie było, że tylko się gdzieś szlajamy... Kasia miała pomysł na wyżycie się o zabarwieniu lekko artystycznym, bo trochę nam tu tego brakuje. No i przygotowała taką małą instalację z portretami studentów i fragmentami ich wypowiedzi nt. języka polskiego.

Chcieliśmy spróbować zgłębić, co kieruje studentami, gdy wybierają polski. Okazuje się, że w gruncie rzeczy: odpowiednia liczba punktów, egzotyka polszczyzny i przypadek.

Posted by Picasa

wtorek, 8 maja 2007

Georgoba



6 maja - św. Jerzego. Dla Gruzinów to chyba największe święto narodowe. Zjechało się z tej okazji do Qaxu mnóstwo ludzi, na pewno kilka tysięcy, także z Gruzji. W niedzielę słowa "Georgia on my mind" były aż nadto prawdziwe ;) Najpierw odbywała się pielgrzymka/procesja na górę, do nowej cerkwi (niektórzy szli na bosaka, inni prowadzili barany na rzeź), aby zapalić świeczkę na skale - dawnym fundamencie starej cerkwi. Warto podkreślić, że niemało było zamieszkujących okolicę muzułman.

A potem nieomal "tańce hulanka swawola". Proboszcz wznosił jeden płomienny toast za drugim. Wykrzykiwał, wymachiwał. Chór śpiewał tak, że najnowsze zdobycze technologii audio wymiękają. Panowała atmosfera radości, zgody i wybaczenia.

Gija



Jedną z najlepszych rzeczy, jakie nas spotykają w takich ustronnych miejscach jak Qax, jest ludzka gościnność. Być zaproszonym do rodzinnego stołu to ogromny przywilej dla takich kompletnych kosmitów jak my.

Gija jest przyjacielem przyjaciela, więc mieliśmy ułatwione wejście, niemniej jednak kolacja u niego była wspaniałym przeżyciem. Zjedliśmy wieprzowe(! - wszak Gija to Gruzin) szaszłyki, które przygotowywał w piecu zwanym tendir (az.) vel tuna (gruz., jeśli się nie pomyliłem). Wypiliśmy morze wina z przeróżnych naczyń, w tym z rogu - nie da się odstawić nieopróżnionego...